Moja relacja z ciałem po czterdziestce

Moja relacja z ciałem po czterdziestce

Autor/ka: Monika Adamiec

Odkąd mam zdrowe kolano zawsze ustępuję ludziom miejsca w środkach komunikacji publicznej. Tak wspaniale jest stać w tramwaju, wychodzić z niego i iść przed siebie. Bez bólu. O tym miał być ten wpis. O wyjściu z szesnastoletniej kontuzji i spełnianiu marzeń, związanych z ruchem. Ale ubiegły, stary (nomen omen) rok przyniósł inne zakończenie…

A co jeśli...

Rok 2025 całkowicie zmienił moją relację z ruchem i ciałem. Dotąd widziałam swoją historię jako happy end: kontuzja kolana w wieku nastoletnim, gips, narastający ból po zdjęciu gipsu, problem z diagnozą, mimo wielu specjalistycznych konsultacji…Po szesnastu latach nagły zwrot akcji: odpowiedni specjalista, codzienna rehabilitacja i powrót do najlepszej w życiu formy. Kto nie lubi happy endów?

Ale życie to ciągła zmiana. I lepiej ją akceptować, niż szukać przyczyn, że jest inaczej niż miało być…

Urodziny

Zawsze lubiłam swoje urodziny. Nie rozumiałam osób, które ukrywały swój wiek. Przed trzydziestką śmieliśmy się z przyjaciółmi: po trzydziestce to zobaczysz… Nic nie zobaczyłam. Potem mijały kolejne lata i…ciągle było dobrze. A nawet za każdym razem lepiej niż rok temu. Lubię czuć się dojrzalsza, mądrzejsza i dziękować sobie za przeżyty kolejny rok.

Czterdziestka miała być taką samą pozytywną rocznicą. Trochę symboliczną, bo nowa cyfra z przodu. Pamiętam dobrze swoje nastawienie jeszcze kilka miesięcy przed urodzinami. Myślałam: udowodnię wszystkim, że wiek to tylko cyfry. Będę mieć najlepszą formę życia na swoje czterdzieste urodziny.

Od tego nastawienia zaczęło się coś, czego dziś żałuję. Zaczęłam traktować sport i ruch jako środek do, a nie cel sam w sobie. Chciałam mieć lepszą kondycję niż w wieku trzydziestu lat. Chciałam wyrzeźbić ciało. Dotąd Pilates i inne sporty były dla mnie przede wszystkim czasem dla siebie i swojego zdrowia: fizycznego i psychicznego. Nie chodziło mi o wygląd. Uciekałam od porównywania siebie i swoich wyników z innymi, bo nie lubię rywalizacji (poza planszówkami). Wcześniej w moim podejściu do sportu i ruchu był balans.

Czy ciało to projekt

To co się zmieniło to podejście do ciała jak do projektu. Zaczęłam przyglądać się bardziej moim mięśniom, wyglądowi. Pracować nad kondycją. Pracowałam, a nie relaksowałam się. Zdecydowanie zwiększyłam intensywność dodatkowych aerobików, trx-ów i tym podobnych zajęć. Chodziłam na nie w każdej wolnej chwili, zwłaszcza wtedy, kiedy miałam do przepracowania jakieś trudne emocje lub stres. A, poza salą treningową, był to czas zawodowo i prywatnie wyczerpujący. Zamiast dbać o siebie, o swój odpoczynek, zaczęłam jeszcze więcej od siebie wymagać. Nie uwzględniałam w swoim planie w ogóle regeneracji. Uwierzyłam, że jestem nie do zdarcia. W końcu nic mnie nie bolało a postęp było widać gołym okiem. Wydawało mi się, że siła to kwestia psychiki i ja z moją dam radę z każdym cielesnym wyzwaniem.

Rezultat? Kontuzja i rozczarowanie. Oraz przebudzenie. Nie, nie jestem ze stali. Tak, można przesadzić ze sportem, nawet jeśli generalnie ruch to zdrowie. Tak, dążenie do formy marzeń może się zakończyć pogorszeniem tej formy i brakiem pewności co do powrotu do pełnego zdrowia.

W stronę równowagi

Teraz w mojej relacji z ruchem i ciałem szukam przede wszystkim równowagi. Nie chcę wyolbrzymiać lęku przed kontuzją. Ona może się zdarzyć każdemu. Ale nawet jeśli się zdarzy to bardzo rzadko oznacza zupełny koniec ze sportem. Większość ćwiczeń jest nadal dla mnie dostępnych a nawet wskazanych. Tylko teraz mniej szarżuję. Wzmacniam się nie tylko ćwiczeniami, ale snem, znajdowaniem czasu na pełnowartościowy posiłek i regenerację. Jeśli jeździłam na desce trzy dni pod rząd (a robię to rzadko) to czwartego dnia sprawdzam czy ten niewielki ból i małe osłabienie są sygnałem, żeby zrobić dzień na regenerację czy może to nic takiego. Uważniej przyglądam się swojemu tygodniowi: czy mam czas na spokojny ruch, na relaksujące aktywności, niezwiązane z żadnymi celami, czy reguluję się na bieżąco i radzę sobie z emocjami i stresem. Nie chcę powtórzyć sytuacji, kiedy bardzo intensywny trening był moim sposobem na radzenie sobie ze stresem i smutkami, bo okazało się to strategią krótkoterminową.

Pamiętam o szacunku do ciała, które tyle dla mnie robi każdego dnia. Dzięki niemu żyję, spełniam marzenia, pracuję, podróżuję i jestem w ruchu. Już nikt mnie nie przekona, że wszystko jest kwestią nastawienia i sky is the limit. Życie to ciągłe zmiany.

Wdzięczność

Niektóre formy aktywności zupełnie wycofałam. Może na zawsze. O inne będę walczyć, bo są dla mnie ważne. Relatywnie nadal jestem bardzo sprawna i czuję się silna. Po prostu pojawiły się pozycje i ruchy, które bolą.

Jestem wdzięczna Tobie ciało, że dalej mogę robić tyle fantastycznych rzeczy. Spędzać czas z bliskimi, chodzić na wystawy, uczyć moją fantastyczną klientelę Pilatesu i podkreślać znaczenie życzliwego przytulania swojego ciała. Z szacunkiem do jego ograniczeń i świadomością potrzeb.

Ciało to nie projekt. To ja.

narysowane lecące w chmurach koperty z pocztą

Jeśli interesuje Cię tematyka Przytulam się zapisz się na comiesięczny newsletter.

Będziesz na bieżąco z moimi nowymi projektami i dostaniesz dostęp do darmowych materiałów (w tym do specjalistycznych artykułów o terapii pedagogicznej i TUSach).